niedziela, 6 stycznia 2019

COLOURPOP | Good Sport | Ooh La La! | OTW | Creme Lux Lipstick


Na początku tego roku ColourPop po raz pierwszy zagościło w mojej kosmetycznej kolekcji. W TYM POŚCIE <klik> pisałam o przepięknych cieniach i rewelacyjnych matowych pomadkach. Na zakupy ponownie skusiłam jesienią - w tym czasie marka wypuściła kilka nowych palet i produktów do ust, które oczarowały mnie kolorystyką i wykończeniami. Znając jakość kosmetyków tej amerykańskiej firmy, z ogromną przyjemnością do koszyka wrzuciłam kilka nowości, wśród których znalazły się dwie palety, komplet metalicznych pomadek w płynie oraz jedna szminka w sztyfcie. Jeśli zastanawiacie się czy warto zamawiać kosmetyki zza oceanu, koniecznie czytajcie dalej. Myślę, że post rozwieje wszelkie wątpliwości! 


GOOD SPORT
Paleta Good Sport to połączenie odcieni kojarzących się głównie z nadejściem jesieni - ciepłe brązy wpadające niemal w pomarańcze, intensywne fiolety i bordo, trochę szarości, oliwkowa zieleń, złoto i musztardowa żółć. Odcienie idealne do stworzenia ciekawego smoky eye, makijażu spotlight lub cut crease. Co ciekawe, w języku angielskim wyrażenie good sport określa osobę towarzyską, z którą spędzanie wolnego czasu to czysta przyjemność. Dokładnie taka jest ta paleta - podczas tworzenia makijażu z jej użyciem po prostu nie można się nudzić. Zróżnicowana kolorystyka umożliwia stworzenie oryginalnych i ciekawych propozycji dziennych i wieczorowych. Odważniejsze osoby dla których musztardowa żółć czy bardzo ciepłe, pomarańczowe brązy nie stanowią problemu, z pewnością stworzą przepiękne makijaże, w których będą czuły się znakomicie.

Warto jednak zaznaczyć, że pigmentacja cieni w tej palecie jest wręcz zabójcza i nie jestem pewna czy w pozytywnym znaczeniu tego słowa, bo bardzo łatwo przesadzić z ilością koloru na oku. Cienie co prawda nie pozostawiają plam i rozcierają się bardzo dobrze, ale wystarczy zaledwie odrobinę mocniej przyłożyć pędzel do wybranego odcienia (mówię tu szczególnie o Reckless) i można bardzo szybko zniszczyć precyzyjne cieniowanie. Myślę, że Good Sport dobrze sprawdzi się rękach kogoś bardziej doświadczonego niż zupełnego laika, który dopiero zaczyna swoją przygodę z makijażem. By wydobyć cały potencjał z palety, trzeba umieć pracować z tak intensywną pigmentacją.

Na stronie paleta obecnie dostępna jest w cenie $12,80, ja natomiast kupiłam ją jeszcze za $16.




WILD OUT. Komu szampana z bąbelkami? Ten metaliczny, niesamowicie odbijający światło cień, to idealna propozycja na dzień i wieczór. Jest stosunkowo jasny, z delikatnie ciepłymi tonami. Posiada jedwabistą, niemal mokrą konsystencja i rewelacyjną pigmentację. Posiadaczki bardzo jasnych karnacji nie wykorzystają go jednak w roli rozświetlacza w wewnętrznym kąciku - jego delikatnie brązowa baza wybija się w nieciekawy sposób na tle alabastrowej cery. Rewelacyjnie sprawdza się jednak na powierzchni powieki ruchomej.

HOOKY. Ten matowy, średni brąz bardziej przypomina rudą kitę lisa (lub cegłę), niż klasyczne kakao. Ma przyjemną, niezbyt suchą konsystencję, dzięki której łatwo rozmyć jego granice i stworzyć spójny makijaż. Będzie świetnie wyglądał u osób z rudą burzą włosów. Ciekawie prezentuje się również w zestawieniu z Wild Out w klasycznym makijażu cat eye.

ROOKIE. Ten wyjątkowy odcień bardzo ciepłego brązu (przypalonej pomarańczy) o super-metalicznym wykończeniu, producent wzbogacił o tonę niebieskiego brokatu. Kontrast pomiędzy ciepłym tonem bazowego cienia i lodowym blaskiem drobin daje niesamowicie elektryzujący efekt na powiekach. Jest to jeden z moich ulubionych cieni w palecie, bo dzięki jego bardzo użytkowemu odcieniowi mogę z powodzeniem wykorzystywać go w codziennym makijażu, a błękitny pazur dodaje mu wyjątkowości i przyciąga uwagę. Co ważne, drobinki nie wytrącają się podczas aplikacji i jest ich na tyle dużo, że na zdjęciu całej palety w zasadzie widoczne są tylko one, a na powiece tworzą wyjątkowy, ale nieprzesadzony efekt. 

SISTA. Żywy odcień matowej fuksji. Rozciera się praktycznie bezproblemowo, ma wyważoną pigmentację. Idealny kandydat do grania głównej roli na dolnej powiece, w kontraście do stonowanej góry. Jego konsystencja jest jednak odrobinę grudkowata, choć absolutnie nie sucha. Należy jednak uważać podczas nakładania cienia na pędzel, bo lubi się kruszyć. 


LICIOUS. Jasne, żółte złoto. Nie jest to jednak klasyczny, stonowany kolor. To odważne, wyróżniające się, żywe złoto, które odbija światło niczym prawdziwa sztabka, a dodatkowo posiada wiele dodających mu atrakcyjności drobinek. Propozycja dla osób, które uwielbiają wariacje na temat tego szlachetnego odcienia. Ja sama do tej pory go nie ograłam, ale prawdą jest, że nie lubię na sobie tego koloru - zdecydowanie częściej wybieram odcienie srebrne i platynowe. Tak czy inaczej - cień w sam w sobie jest fantastyczny i posiada rewelacyjną formułę. Kiedyś postaram się stworzyć coś, co wydobędzie z niego cały potencjał. 

HIGH HOPES. Bardzo przyjemny, ciepły brąz o jedwabistej konsystencji. Ten matowy odcień jest połączeniem ciepłej brzoskwini, mlecznej czekolady i zamszowej kurtki (wiecie, co mam na myśli?). Idealny kolor transferowy dla osób o neutralnym i ciepłym typie urody, który genialnie komponuje się z cieniami metalicznymi w odcieniach brązu, starego złota, pomarańczu. Bardzo go lubię nie tylko za oryginalny odcień, ale również za to, jak łatwo rozciera się na powiece.

RECKLESS. Bardzo głęboki odcień bordo. Jest tak intensywny i tak ciemny, że niewprawiona ręka z pewnością nie potrafiłaby zaaplikować go na powiekę w taki sposób, by nie zrobić sobie krzywdy. Ze względu na ten fakt moja relacja z tym cieniem to typowe love-hate. Choć makijażem zajmuję się już kilka ładnych lat, używanie Reckless nie należy do moich ulubionych czynności. Łatwo jest z nim przesadzić, bo jego pigmentacja jest po prostu niesamowita - wystarczy lekko musnąć pędzlem powierzchnię cienia by zrobić makijaż obu oczu - nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. Dodatkowo jego formuła jest bardzo sucha, grudkowata i kredowa - lubi się osypywać, a jego rozcieranie nie jest najłatwiejsze. Mimo to kolor jest obłędnie nasycony i intensywny. Lekka ręka wskazana!

TROOPER. Ten musztardowy mat to zupełne przeciwieństwo cienia Reckless. Jego konsystencja jest jedwabista, ale pigmentacja pozostawia wiele do życzenia. By wydobyć z cienia to, co najlepsze, trzeba się bardzo postarać (ale oczywiście nie jest to niemożliwe). Przyjemny, ciepły odcień. Jedyny taki w całej mojej kolekcji cieni.


HOOKED. Typowy odcień taupe do użycia w stonowanym makijażu dziennym lub niezbyt intensywnym wieczorowym. Producent mówi, że to kolor zmrożonego mchu, ale ja widzę w nim błotniste, szarawe odcienie bez polotu. Nie jest to mój faworyt tylko ze względu na nieciekawy odcień, ale również z powodu zbyt zbitej konsystencji, która utrudnia nabieranie go na palec. Trzeba jednak przyznać, że każdy czasem ma ochotę na coś zupełnie zwyczajnego, dlatego jego obecność w palecie wcale nie jest minusem. Mimo to, u mnie na powiekach jeszcze nie zagościł.

TROPHIES. Ten matowy, dość ciemny odcień taupe to bliźniak Hooked, jednak muszę przyznać, że podoba mi się on znacznie bardziej niż jego metaliczny odpowiednik. Uważam, że w duecie tworzyłyby całkiem efektowne smoky i w takiej odsłonie byłabym w stanie nieco przychylniej spojrzeć w stronę błotnistego metalika. Koniecznie muszę wypróbować to połączenie (wypróbowałam, nadal nieatrakcyjne). Jeśli chodzi o konsystencję matu, jest bardzo przyjemna - jedwabista, a jego pigmentacja jest wyważona. Swatche obu cieni prezentują się znacznie cieplej niż w rzeczywistości, więc proponuję sugerować się zdjęciem całej palety!

EBB. Jeden z ładniejszych odcieni w palecie - zgaszona metaliczna oliwka o niebiańskiej, niemal mokrej formule. Sugerując się nazwą <z ang. odpływ> można wywnioskować, że producent tworząc ten oryginalny odcień zainspirował się odcieniem wodorostów na dnie jeziora. I choć to nie kojarzy się najlepiej, to właśnie taki kolor ma ten cień - zgaszona, stonowana zieleń z nutą żółci i szarości. Moim zdaniem przepiękny odcień, idealnie odbijający światło. Będzie się świetnie prezentował w duecie z granatem.

FLOW. Ostatnim cieniem w palecie jest matowy, zgaszony fiolet z nutą brązu i zieleni. Jego konsystencja jest dość sucha, ale cień nie osypuje się podczas aplikacji. Pigmentacja jest idealna, a aplikacja bardzo przyjemna. Myślę, że może prezentować się bardzo ciekawie w duecie z Ebb. Pokusiłabym się również o jego użycie w stonowanym makijażu ślubnym w odcieniach fioletu. 


OOH LA LA!

LINK: https://colourpop.com/ooh-la-la

Najczęściej sięgam po odcienie użytkowe - brązy czy szarości - które pozwolą mi stworzyć makijaż szybki, stonowany i lekko podkreślający urodę. Róż i wszelkie wariacje na jego temat zazwyczaj były mi obce w makijażu oka, bo zwyczajnie nie przepadałam za tym kolorem. Gdy na Instagramie natknęłam się jednak na paletę Ooh La La! wiedziałam, że prędzej czy później po prostu musi znaleźć się w moich rękach.

Gdy otworzyłam ją w domu pierwszy raz doznałam prawdziwego zachwytu - oczarowały mnie różowe maty i perły, a dodatek szampańskiego metalu i lodowego toppera tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że zakup palety był dobrym pomysłem.

Jeśli chodzi o opakowanie, to w przypadku Ooh La La! jest ono wykonane ze średniej jakości plastiku ze ścierającym się napisem, ale w ramach rekompensaty producent wzbogacił je w bardzo dobre, duże lusterko. Kiedy kupowałam paletkę kilka miesięcy temu, kosztowała mnie $12. Teraz można ją nabyć w cenie $9,60 - praktycznie za darmo, biorąc pod uwagę jakość wszystkich cieni w palecie.




TICKLED. Topper, który mieni się różowym, fioletowym i niebieskim brokatem. W sztucznym świetle prezentuje się zjawiskowo, w dziennym zresztą też. Uwielbiam go w każdym makijażu, bo nadaje wyjątkowego i oryginalnego charakteru.

SOFT CORE. Stonowany odcień ciepłego różu o matowym wykończeniu. Świetnie sprawdza się zaaplikowany na całą powiekę w formie dziennego smoky w nieco innym odcieniu - ile można sięgać po te same brązy i szarości? 

POODLE. Matowy, nieco żywszy niż Soft Core, róż. Dodaje makijażowi głębi, wzmacnia go i urozmaica. Przyjemna, jedwabista konsystencja, dobra pigmentacja. Jeden z lepszych cieni w palecie.


BIG SUGAR. Perłowy odcień gumy balonowej o srebrnej poświacie. Niestety Big Sugar nie odbija światła w takim stopniu, w jakim bym sobie tego życzyła. Efekt na oku oczywiście jest bardzo intensywny, jednak by uzyskać dodatkowe rozświetlenie, konieczne jest użycie pigmentu w podobnym odcieniu, który wygląda bardziej spektakularnie. 

OPULENT. Chłodna, niebieskawa fuksja o satynowo-perłowym wykończeniu. Cień jest intensywny, ma świetną pigmentację, ale podobnie jak w przypadku Big Sugar, spodziewałam się czegoś metalicznego, o błyszczącym wykończeniu. Tak czy inaczej kolor jest przepiękny, bardzo podobny do jednej z metalicznych pomadek z zestawu OTW.

SANDBAR. Żywy, neonowy róż o matowym finiszu. Jego konsystencja jest bardzo sucha, ale łatwo zaaplikować go na oko. Rozcieranie również nie sprawia problemu. Cień jest szczególnie intensywny na białej bazie, która wydobywa wszystkie jego atuty.


TROVE. Matowe, ciemne bordo o kredowej konsystencji. Podobnie jak Reckless z poprzedniej palety, Trove ma nierówną, grudkową formułę, jest suchy, ale jego pigmentacja nie jest przesadna. Można budować jego intensywność, ale sama aplikacja nie jest najprzyjemniejsza - cień z pewnością sam się nie rozciera.

CADDY. Żywy odcień nasyconego fioletu. Przyjemna, gładka konsystencja pozwala na swobodne rozcieranie na oku. Podczas blendowania cień nie traci na intensywności, na oku prezentuje się zjawiskowo. Jeden z ładniejszych matów w palecie.

MOON STRUCK. Choć ten metaliczny, brzoskwiniowo-różowy cień nieco odbiega od głównej kolorystyki palety, to został moim absolutnym ulubieńcem. Jedwabista konsystencja sprawia, że jego aplikacja to czysta przyjemność. Spektakularnie odbija światło, pięknie prezentuje się w absolutnie każdym makijażu. Uwielbiam!


CREME LUX LIPSTICK | SCORPIO MOON


Pomadka Creme Lux Lipstick nie była moim pierwszym wyborem podczas zakupów na stronie. Zdecydowałam się na nią, bo do darmowej przesyłki brakowało mi dokładnie $7 (aktualna cena pomadki to $5,60). Okazało się jednak, że jest to najtrwalsza i najpiękniejsza kremowa pomadka, jaką mam w swojej kolekcji. Jej neutralny odcień pozwala na swobodne wykonywanie poprawek nawet bez lusterka. Co więcej, pasuje do każdego makijażu - zarówno w ciepłej, jak i chłodnej tonacji. Ma idealne krycie, jest bardzo komfortowa w noszeniu. Kiedy w ciągu dnia znika z ust (jedzenie, picie, rozmowa), na ustach pozostawia różowy stain, dzięki czemu usta wciąż wyglądają dobrze. 


Opakowanie jest dość ciężkie, wykonane z metalu. Prezentuje się zjawiskowo - jego kolor jest różowo złoty, a całość ozdobiona małymi gwiazdkami. Wizualnie pomadka jest dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Podobnie jest z formułą i pigmentacją, która jakością znacznie odbiega  na przykład od produktów Golden Rose (choć te oczywiście są nieco tańsze). 


Wykończenie jest kremowe i lekkie. Produktu nie czuć na ustach, lekko nawilża i nie wysusza ust. Jej mocny pigment barwi skórę, dzięki czemu nawet bez poprawek wargi prezentują się dobrze. Formuła jest również dość trwała, nie znika już po pierwszym kęsie, łyku czy wypowiedzianym słowie, co bardzo mnie cieszy - miałam wiele droższych pomadek, które zjadały się w mgnieniu oka. 

Kolor pomadki jest neutralny - nie sprawia, że zęby wydają się żółte. Producent określa jej odcień jako śliwkowo-różany i sądzę, że to bardzo trafne porównanie. Fioletowo-różowe tony świetnie pasują do każdego typu urody i makijażu oka. Jest to jedna z najładniejszych i najbardziej uniwersalnych pomadek w mojej kolekcji.


OTW | METALLIC LIPSTICK BUNDLE

Choć płynne pomadki z zestawu Can You Knot nie należą do moich ulubionych pod względem formuły i trwałości, to i tak zdecydowałam się na zakup kolejnego zestawu, ale dla odmiany o wykończeniu metalicznym. Trzy ciemne, płynne maty, które najczęściej goszczą na moich ustach, kiedy wiem, że nie będę jadła ani piła, mają tendencję do wylewania się poza kontur ust i transferowania na pozostałe części twarzy i ubrań. Mimo to uwielbiam ich głębokie odcienie, prawdziwie matowy finisz i rewelacyjną pigmentację. W związku z tym w moim ostatnim zamówieniu znalazło się miejsce również na metaliczny zestaw - OTW, który obecnie nie jest już dostępny na stronie (kosztował $20).


W jego skład wchodzą cztery płynne (a raczej musowe) metaliki w kolorach zgaszonej czerwieni (Mic Check), czekolady złamanej wiśnią (Flipside), elektryzującego różu o niebieskim tonie (Varsity Blues) i brzoskwiniowego złota o różowej poświacie (Fever Pitch). Pomadki zastygają tworząc na ustach dość trwałą powłokę. Nie jest to jednak produkt nie do zdarcia - właściwie po jakimś czasie po prostu prosi się o zmycie i ponowną aplikację. Ich pigmentacja jest różna - Mic Check jest bardzo bogaty, jedna warstwa produktu pokrywa całe wargi i wygląda niebiańsko, natomiast pozostałe trzy odcienie wymagają przynajmniej dwóch aplikacji. Z doświadczenia pewnie wszystkie wiemy, że im więcej warstw zastygającej pomadki na ustach, tym gorszy efekt - podobnie jest właśnie w przypadku pozostałych trzech odcieni. 


FEVER PITCH


Choć kolor pomadki jest oszałamiająco piękny i naprawdę oryginalny - nie miałam dotychczas w swoich zbiorach podobnego odcienia - to jej trwałość pozostawia wiele do życzenia. Pigmentacja jest średnia - potrzeba dwóch warstw produktu, by odpowiednio pokryć wargi, a to przekłada się na komfort noszenia produktu w ciągu dnia. Wystarczy kilka godzin (1-3h), by pomadka zaczęła się rolować, sklejać i sama schodzić z ust. Potrafi również bardzo je wysuszyć. Mimo to kilka razy po nią sięgnęłam, bo rzadko zdarza się trafić na tak piękne różowo-brzoskwiniowe złoto. 



MIC CHECK


Ten cudowny odcień zgaszonej czerwieni jest również najlepszy pod względem formuły i trwałości spośród czterech pomadek zawartych w zestawie. Posiada idealną pigmentację, która pozwala na zaaplikowanie jednej, cienkiej warstwy. Ponadto utrzymuje się dość długo na wargach nadmiernie ich nie wysuszając. Jeśli miałabym polecić któryś z odcieni, to wart zakupu jest właśnie ten, tym bardziej, że obecnie kosztuje nieco ponad 4$.  



VARSITY BLUES


Przyznam szczerze, że po Varsity Blues sięgam najczęściej, choć lubi w ciągu dnia nieestetycznie schodzić z ust. Mimo tej wady uważam, że kolor jest wprost oszałamiająco piękny - elektryzujący róż o dobrze widocznej, niebieskiej poświacie, która skutecznie rozjaśnia uśmiech i ożywia całą twarz. Pigmentacja pomadki nie jest najlepsza - podobnie jak w przypadku Fever Pitch potrzeba przynajmniej dwóch warstw, by uzyskać pełną intensywność koloru. Jeśli jednak lubicie używać podobnych odcieni, warto sięgnąć również po ten wyjątkowo oryginalny kolor. 



FLIPSIDE


Odkąd kupiłam zestaw OTW, Flipside gościł na moich ustach tylko raz. Nie jestem pewna czy to ze względu na bardzo ciemny i naprawdę chłodny czekoladowy odcień z nutą wiśni, czy może przez mierną jakość, bo niestety ten kolor wypada najsłabiej w porównaniu z pozostałymi pomadkami w secie. Choć kolor jest naprawdę ładny, to uważam, że wyglądam w nim odrobinę zbyt trupio - brązy jednak nie są dla mnie, szczególnie tak chłodne. Przypuszczam jednak, że gdyby trwałość i komfort noszenia były lepsze, Flipside gościłaby częściej w moim makijażu. 



Choć wśród moich nowości znalazło się kilka missów, to nadal bardzo polecam kosmetyki marki ColourPop. Są inne niż te dostępne w drogeriach na polskim rynku - u nas brakuje tak wysokiej jakości w tak niskiej cenie. Nowoczesny styl i podążanie za trendami, które kojarzą się głównie z Instagramem i YouTubem, to zdecydowanie dwie cechy charakterystyczne tej marki. Można by w tym miejscu przytoczyć markę Makeup Revolution, która zdaje się być jedną z tych firm, która w dobrej cenie oferuje ciekawe produkty, ale uważam, że jakość ColourPop nadal przewyższa popularne w Polsce MUR. Jeśli zatem lubicie makijaż, ciekawią Was różne firmy i nie boicie się eksperymentować - zdecydowanie powinnyście poznać kosmetyki CP.


Lubicie ColourPop? Może któryś z produktów Was kusi? Koniecznie dajcie mi znać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...